Zdjęcie jak tysiące...
Zdjęcie jak tysiące a może miliony a w erze elektronicznych aparatów, może jak miliardy innych zamieszczanych w mediach społecznościowych. Można by je nazwać np. faceci z białymi kubkami albo dwaj faceci w szarościach albo dowolnie. TYLKO, ŻE TO JEST DOŚĆ INNE ZDJĘCIE. Ale o tym poniżej.
Jeden z tych facetów...
Jeden z tych facetów z białym kubkiem o tym że kubek jest biały a swetry są w szarych odcieniach o tym nie wie. Jest niewidomy od urodzenia. Może nie od razu to widać ale jak dokładniej się przyjrzysz to zobaczysz coś dziwnego w jego oczach. Drugi - można by powiedzieć podstarzały hipis. Wie co to kolory, ale uważa, że w szarościach mu najlepiej. Białe kubki wyraźnie odznaczają się na tle szarego tła. Nie wiadomo co w nich jest, może woda, może herbata a może nic w nich nie ma i tylko autor fotografii (fotoreporter jakiejś gazety o zdrowiu, już nawet nie pamiętam której) chciał mieć jakiś biały przedmiot aby ustawić balans bieli? A może przez przypadek wskazał na coś bardzo ważnego i symbolicznego? Nie wiadomo. W każdym razie można powiedzieć, że płyn który jest w tych kubkach jeżeli zostanie wypity trafi za jakiś czas do nerek i zostanie tam oczyszczony i w jakimś stopniu wydalony z organizmu razem z substancjami, które w ciele człowieka być za długo nie powinny. Jakie to proste. Małe maszynki do czyszczenia płynów. Po dwie dla każdego. Nie zawsze jednak tak jest. Czasem te niepozorne zdaje się organy jakim są nerki zawodzą. Czasem bolą ale pracują. Ale zdarza się że pracować przestają. No i robi się bardzo niebezpiecznie. A wtedy ktoś kto bierze do ręki kubek z wodą już tak się nie uśmiecha. Jeden kubek na dzień i nic więcej i to tylko wody. Bo za godzinę wyjazd na kolejną dializę, bo organizm może zostać zatruty, bo ból będzie nieznośny, bo wyniki będą złe. I tak już może do końca życia. Co drugi dzień czyszczenie organizmu z toksyn za pomocą dializy. Można tak żyć. Żyje tak tysiące ludzi bo inaczej nie da rady. Ale czy wszyscy tak muszą? NIE, NIE, NIE. Tak powiedział sobie podstarzały hipis i powiedział, że ten niewidomy tak żyć nie będzie. Postanowił zostać żywym dawcą nerki. A że ma taki charakter, że jak postanowi to dąży do zrobienia, zaczął się do tego przygotowywać.
Był rok 2006....
Był rok 2006. Gorące lato i pierwsze badania w szpitalu na Banacha. Jest OK. Wyniki dobre. Potem dołącza do badań Grześ (o chyba zapomniałem go przedstawić) tzn. mój siostrzeniec. Pierwsze badania krwi, jakieś próby krzyżowe (nie miałem pojęcia co to?) Kolejne pobierania krwi, raz więcej raz mniej, jakieś rozmowy, badania na dziwnych urządzeniach i coraz ważniejsze decyzje lekarzy. I wreszcie ta najważniejsza. „Jesteście do siebie dopasowani bardziej niż wynikało by to ze stopnia pokrewieństwa” - pada z ust lekarzy. Jest duża szansa na powodzenie transplantacji - jeszcze dodają. Teraz już tylko pozostało czakanie na termin.
I przyszedł ten dzień...
I przyszedł ten dzień kiedy Pan Profesor Andrzej Chmura zawyrokował - 20 listopada czekamy na was w klinice. Ciepło się zrobiło na całym ciele. Dreszcze przeszły po skórze i ta radość w sercu, że to już tak blisko. Grześ podejmuje decyzję, że dar nerki przyjmuje a ja podpisuję szereg oświadczeń, zgód, poświadczeń i innych papierów.
Potem już tylko parę dni...
Potem już tylko parę dni czekania. A 21 listopada 2006 roku ubrano mnie w dziwną białą koszulę, na nogi wciągnąłem jakieś dziwne białe pończochy (śmieszne – chłop w pończochach) , posadzono mnie na jakimś wózku, położono mi worek z krwią na kolanach i powieziono w kierunku nowego życia. Podobnie zrobiono z Grzesiem ale ja już tego nie widziałem.
Po kilku godzinach ...
Po kilku godzinach przebudziłem się na OJOMIE i zobaczyłem twarz mojej siostry Kasi, która też chciała być dawcą. Trzymała mnie za rękę i powiedziała że już po wszystkim i że się udało. Obok na drugim łóżku leżał Grześ. Też chyba przebudzony ale tego nie pamiętam. Tylko jeszcze powiedziano mi, że nerka podjęła pracę. Pomyślałem o mojej drugiej siostrze (mamie Grzesia) która zmarła kilka lat wcześniej. Pewnie nad nami czuwała tam z góry. Jak się ma takiego Anioła Stróża to transplantacja musiała się udać no i się udała.
Teraz to już minęło jedenaście lat.
Teraz to już minęło jedenaście lat. Ktoś mnie pchał do działania by takich dawców i takich uśmiechniętych biorców było więcej. No to działam. Jeżdżę, mówię, piszę, przekonuję, opowiadam o tym, że żywym dawcą nerki warto być, że to nie jest groźne, że można żyć z jedną nerką i jeszcze żyć bardziej - cokolwiek by to miało znaczyć. Można potem wiedzieć uśmiechniętego biorcę, który jest wolnym od dializ, który żyje gdzie chce, który podróżuje po świecie, który pije tyle ile potrzebuje jego organizm.
A jak o piciu mowa...
A jak o piciu mowa, to wypijmy za zdrowie lekarzy, którzy wykonali transplantację, którzy się potem nami opiekowali i nadal opiekują, którzy dbają o nasze zdrowie do dzisiaj. A jak już pić to po całym kubku, albo po dwa bo można i to zarówno może biorca i dawca. A co? może nie? :) Teraz już wiecie dlaczego ci faceci w szarych sweterkach są tacy zadowoleni i tacy z siebie dumni. BYŁO WARTO.
I teraz już wiecie dlaczego jest to dość inne zdjęcie.